Świadectwa

Świadectwa

,,Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim… Bo wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny…”

Kiedy życie traciło sens, a każdy dzień był gorszy od drugiego.
Kiedy odczuwałam tylko złość i ból, a w sercu brak radości.
Kiedy Bóg był daleki, milczący, a ja balansowałam między wiarą i nie wiarą, między miłościąi nienawiścią.
Kiedy lęk przed kolejnym zranieniem coraz bardziej zamykał mnie na Boga i drugiego człowieka, trafiłam na rekolekcje o uzdrowieniu prowadzone przez x. Marcina, a następnie na pustynię.
Dziś wiem, że Pan Bóg walczył o moje serce cały czas, ale wtedy nic nie było takie oczywiste. W tym urokliwym miejscu gdzie usytuowana jest Pustelnia i Dom Rekolekcyjny, Pan, w bardzo delikatny sposób zaczął zmieniać moje spojrzenie na siebie, na relacje z drugim człowiekiem i na Niego samego. Zaczął oczyszczać zranienia, abym mogła zobaczyć w Nim Boga – Ojca.
Początki uzdrowienia nie były łatwe. I chociaż zgodziłam się, aby w tej drodze towarzyszył mi x. Marcin poprzez posługę spowiednika i kierownictwo duchowe, moja zbuntowana natura i lęki przed kolejnymi zranieniami nie ułatwiały mi życia w posłuszeństwie. W dalszym ciągu chciałam, aby to Bóg dostosował się do planów, jakie miałam na swoje życie, chciałam wszystko zrozumieć i bałam się wypuścić życie ze swoich rąk, aby nie utracić nad nim kontroli. Niejednokrotnie zatem zatrzymywałam się na drodze swojego uzdrowienia uważając, że to wszystko jest bez sensu. Brak ufności i wiary w to, że Pan może zmienić moje życie bardzo szybko podcinał mi skrzydła. Ksiądz Marcin, jako kierownik duchowy, okazał się jednak bardzo cierpliwy i wyrozumiały, zawsze ukazywał drogę powrotu do Boga z Ojcowską troską i miłością. Nigdy nie osądzał i do niczego nie zmuszał zostawiając wolność wyboru. Chociaż, kiedy była potrzeba, potrafił być wymagający i stanowczy. I choć nie zawsze mi się to podobało i mój rozum się buntował, gdzieś na dnie serca wiedziałam, że Pan chce prowadzić mnie przez Niego, a Bóg w swojej miłości pokazywał mi miejsca moich zranień i opatrywał ranę po ranie zanurzając je w Swoich ranach, jeśli tylko Mu na to pozwalałam. Moje uzdrowienie to droga, to szukanie Boga żywego w całej historii swojego życia i zgoda na to, aby On sam przeprowadzał mnie z ciemności grzechu do radości stawania się dzieckiem w swojej codzienności, w swoim życiu, w sobie.
W tej drodze bardzo pomógł mi też czas pustyni, czas ciszy, samotności i walki z samą sobą, ze swoimi planami i pragnieniami. Bóg dotknął mojego serca a ono zapragnęło Boga dla Niego samego. I chociaż nadal nie rozumiem, nie jest to dla mnie już tak istotne. Pociągła mnie cisza i tęsknota nieustannego pogrążenia się w milczeniu Boga. Zgoda na to aby Pan ogałacał mnie z tego, co nie jest Nim i co przysłania mi Jego. Chrześcijaństwo to nie droga o własnych siłach, dlatego każdego dnia, od nowa oddaję się w ręce Ojca, aby On wypełniał mnie Sobą, a kiedy rozum nie chce się uciszyć, niezawodną pomocą jest dla mnie modlitwa Jezusowa.
Niech Bóg będzie uwielbiony za te miejsca, bo wielkie dzieła się tam dokonują.

Uczestniczka.

Decydując się na rekolekcje z pisaniem ikon wyobrażałam sobie przede wszystkim tworzenie ikony i poznawanie tej techniki. Dziś z przekonaniem stwierdzam, że były to przede wszystkim rekolekcje naturalnie połączone ze sztuką ikonopisania. Te rekolekcje to dla mnie proces związany z niewiadomą, obojętnością, ale także z zachwytem i radością z bożej obecności w całym tym czasie przebywania na pustyni. To była prawdziwa pustynia, przez którą rozumiem oczywiście rozłąkę z rodziną, ale przede wszystkim przybliżenie się i na nowo poznanie Pana Jezusa. Był to czas wielu pytań i refleksji. Był to czas wyciszenia, modlitwy i spowiedzi. Te wszystkie elementy były potrzebne, wręcz niezbędne do tworzenia wizerunku Pana Jezusa. Zgłębianie wiedzy na temat tworzenia ikony i samo jej powstawanie przeplatane było z nieustanną modlitwą, która zapewniała Bożą obecność, ale także naturalnie regulowała oddech przy pracy i wyciszała. To niesamowite doświadczenie, które przygotowało mnie do podjęcia wyzwania jakim jest pisanie ikon. Fachowa szkoła i duchowe prowadzenie jakiego doświadczyłam na tych rekolekcjach dały mi fundamenty na jakich można zacząć tworzyć ikony. Wyjście na pustynię polecam każdemu, bo to otwarcie się na spotkanie z Bogiem i na jego łaskę.

Marta

Nawróciłam się kilka lat temu. Wtedy spotkałam Pana Jezusa, a właściwie zostałam zalana Jego Miłością. Pan uzdrowił mnie też z choroby fizycznej (kręgosłup). Jednak, po początkowym entuzjazmie, w szarej codzienności pełnej doczesnych spraw, zaczęłam popadać w duchowe lenistwo. Zabrakło pracy nad sobą. Do głosu zaczęły dochodzić zranienia, które wcześniej wyparłam, zanegowałam (zamiotłam pod dywan). Rekolekcje uświadomiły mi, że to one są przyczyną niektórych moich zachowań, wybuchów emocji, z którymi nie umiem sobie poradzić. Dowiedziałam się, że bez przepracowania tych zranień i otwarcia się na łaskę Bożą, nie mogę stać się prawdziwe wolnym człowiekiem, nie mogę otrzymać nowego serca. Czyli nie mogę wielbić Pana Boga „w Duchu i Prawdzie”i tym samym nie realizuję celu, dla którego zostałam stworzona, jakim jest oddawanie chwały, czci, uwielbienia Najwyższemu. Zobaczyłam, że to jest powód braku prawdziwego pokoju w moim sercu. Rekolekcje dały mi nadzieję, że nawet w tak połamanej historii życia, jak moja, mogę być szczęśliwa. Proszę Pana Jezusa, żeby-niczym miłosierny Samarytanin- zalewał moje rany oliwą i winem. Wierzę, że mój Pan da mi prawdziwą wolność dziecka Bożego, bym mogła już na ziemi i potem w Niebie, wielbić Go.
Bogu niech będą dzięki. Chwała Panu!

Uczestniczka

… Kiedy wszystko wydawało się być końcem, kiedy nie widać było sensu by iść dalej. Kiedy ludzkie wsparcie zawiodło, a grzech stał się jedyną ucieczką od problemów i pustki. Kiedy Pan Bóg wydawał się być nieobecny, choć bardzo głęboko czułam Jego obecność. Właśnie wtedy, przyprowadził mnie do miejsca, zewnętrznie bardzo niepozornego w swej prostocie, ale pięknego i jak się okazało bardzo zbawiennego i uzdrawiającego dla mnie.
Dwadzieścia trzy lata temu z radością wstąpiłam do Zgromadzenie zakonnego. Początkowo wszystko wydawało się być proste i piękne. Jednak już w latach formacji pojawił się we mnie jakiś wewnętrzny niepokój, chaos, spowodowany wieloma zranieniami z okresu dzieciństwa i wczesnej młodości, co bardzo przeszkadzało mi zbliżyć się do Jezusa i być prawdziwie Jemu oddaną. Lata formacji niestety nie dały mi możliwości, żeby to wszystko w sobie przepracować i po Bożemu poukładać, bo i ja sama zupełnie nie potrafiłam otworzyć się i mówić o swoich problemach. Ważniejsza w tym wszystkim była cała zewnętrzność, strój, praca, przełożeni, obowiązkowa modlitwa itd. Przez wiele lat byłam mistrzem kamuflażu swoich problemów, trudności, skłonności do grzechu. Zawsze uśmiechnięta, zawsze na „tak”, dyspozycyjna, pracowita, obowiązkowa, zewnętrznie żadnych większych problemów. To wystarczało aby być. A wewnątrz. . . ? ogromna walka, lęk, osamotnienie i ogromne pragnienie Miłości. Były momenty w których moje słabości dotykały drugiego człowieka, kiedy zewnętrznie w sposób niewerbalny krzyczałam, wołając o pomoc. Czasem ta pomoc przychodziła w postaci drugiej osoby, ale okazywała się niewystarczająca, gdyż bardzo zewnętrzna, chwilowa, emocjonalna, zakrywająca problemy, co było ulgą tylko na chwilę. Takim apogeum moich problemów, był prawie miesięczny, przymusowy pobyt w szpitalu psychiatrycznym, który miał być dla mnie uzdrawiający. Niestety, okazał się kolejnym koszmarem, zafundowanym mi przez innych, który pomnożył moją pustkę, lęk, osamotnienie a także bunt przeciwko Panu Bogu i ciągle powracające pytanie – dlaczego? Po tym trudnym doświadczeniu, które oprócz bólu, strachu, i jeszcze większego zamknięcia się w sobie nic nie przyniosło, starałam się wrócić do normalnego życia. Udawało się to tylko dzięki ucieczce w pracę, która była przykrywką wszystkiego, a także metodą na dowartościowanie siebie i odbudowanie opinii innych. Każda wolna chwila musiała być wypełniona, jak nie pracą to komputerem, w którym znaleźć można było wiele sposobów, niekoniecznie dobrych, na wypełnienie pustki, która niewypełniony stawał się koszmarem. Przez te wszystkie lata miałam odpowiedzialną pracę, którą bardzo lubiłam i sumiennie wykonywałam, która też niestety pozwoliła mi się skutecznie „ukryć”. Życie duchowe stopniowo umierało, choć ogromne pragnienie życia z Jezusem, któremu ślubowałam czystość, ubóstwo i posłuszeństwo, było ciągle żywe, choć wydawało się nieosiągalne, do tego stopnie, że stwierdziłam, że moje dalsze bycie w Zgromadzeniu nie ma sensu. Nie była to łatwa decyzja, choć wydawała się najlepszą z możliwych. W tym czasie odbywałam swoje roczne rekolekcje. Był to czas który bardzo mocno przeżyłam, w którym Jezus prowadził mnie, choć trudno było mi to zobaczyć. Widziałam tylko swoje grzechy, ograniczenia i wiedziałam, że jest to moment w którym pomimo lęku, niepewności, wstydu, muszę Mu zaufać. „Przenikasz i znasz mnie, Panie”. To słowa, które towarzyszyły mi podczas tych rekolekcji i przypomniały, że jeśli tylko pozwolę, Duch Święty może mnie przenikać, zmieniać i prowadzić. Te słowa stały się też ważne w chwili podejmowania ostatecznej decyzji dotyczącej mojego dalszego życia. Pokazały mi, że rozeznawanie życiowego powołania związane jest właśnie z odkryciem, że to Bóg zna nas najlepiej i  dlatego trzeba Jego pytać o najlepszą drogę. Więc uporczywie Go pytałam: co mam robić? Jak dalej żyć? Czułam się zupełnie bezradna, ale chyba po raz pierwszy w życiu wiedziałam, że ja sama muszę zawalczyć o siebie, bez względu na opinie innych i konsekwencje jakie mnie czekają. Modliłam się jak potrafiłam, choć też często upadałam w swojej niepewności, bezradności i grzeszności. Prosiłam Pana o spowiednika, kierownika duchowego, bo wiedziałam, że od tego muszę zacząć, że muszę mieć kogoś, kto wskaże mi drogę, kto mnie poprowadzi. I tak, zupełnie przypadkowo znalazłam adres i telefon do ks. Marcina. Dużo upłynęło czasu zanim do Niego zadzwoniłam i umówiłam się na spotkanie. Bardzo się bałam, choć miałam ogromne przekonanie, że to jest to miejsce i ten człowiek. Oczywiście nie obyło się bez różny trudności i przeszkód w dostaniu się na miejsce w umówionym czasie.
Pierwsze spotkania, były dla mnie bardzo trudne. Mój spowiednik okazał się być osobą bardzo konkretną, zdecydowaną, wymagającą, a jednocześnie bardzo cierpliwą, wyrozumiałą i pełną Bożego pokoju. I tak zaczęła się moja droga powrotu, droga trudna, wymagająca, ale dziś mogę już powiedzieć że piękna, bo prowadząca do celu: zjednoczenia z Bogiem. I tak, w wolności i posłuszeństwie przełożonym, zostałam zapraszana do pewnych konkretnych kroków, które zmieniały moje życie: posłuszeństwo spowiednikowi, przełożonym, systematyczne spotkania, szczerość, codzienna, konkretna modlitwa, odpowiednia lektura, rekolekcje uzdrowienia wewnętrznego, a także potrzebne było spotkanie z egzorcystą. To wszystko powodowało, że musiałam zrzucać z siebie jedną po drugiej przybrane maski, pozwalając aby moje serce otworzyła włócznia Miłości. Był a właściwie jest to proces bardzo trudny ale uzdrawiający.
Jest to moja wędrówką z Jezusem przez pustynię, podczas której dokonuje się swoista operacja mojego serca, które im bardziej otwiera się na Boże Miłosierdzie, tym bardziej dokonuje się jego skuteczne oczyszczanie. Poznanie własnej nędzy, marności, niedoskonałości, chwiejności to bolesny proces. Ale dzięki Bożemu Miłosierdziu wiem, że skrucha nie polega na smutku. Oznacza natomiast „żal rodzący radość”, radość, że Bóg jest tak miłosierny, że przebacza, że mogę uważać się za Jego umiłowane dziecko. W mojej modlitwie wewnętrznej znalazła też szczególne miejsce modlitwa Jezusowa, która daje mi siłę, by na nowo rozpalić płomień modlitwy. Stała się skuteczną odtrutką na wszelkie zasadzki złego ducha, pokonuje tendencję do niepokoju, którą mam w sobie. Kiedy przywołuję Imię Jezus, wiem, że On jest zupełnie blisko mnie jako Ten, który ratuje we mnie to, co trzeba ratować, napełnia pokojem z powodu akceptacji mojej sytuacji przed Bogiem, uczy pokory, która jest akceptacją prawdy, że jestem człowiekiem słabym i zawsze skłonnym do grzechu, daje radość, Bo On jest Miłosierdziem – kocha mnie pomimo tego, że jestem grzesznikiem. Zrozumiałam, że w modlitwie nie chodzi tylko o to by powtarzać ewangeliczne słowa celnika, niewidomego czy poganki, ale trzeba przyjąć ich postawę. Jak celnik uznać swą grzeszność i bezradność, jak niewidomy wołać o światło, jak Kananejka swym wytrwałym krzykiem wyrazić swą ufność do Boga. Dziś już wiem, że sprawiające tyle bólu poznanie samego siebie jest jedną z największych łask, jakie Bóg mi ofiarował. A tę łaskę przyniosła mi pustynia, której doświadczenie bardzo mocno wyryło się w moim sercu. Teraz Pan zaprasza mnie do pustyni codziennego życia w moim Zgromadzeniu, w mojej wspólnocie zakonnej . . . a może kiedyś powoła na pustynię, by być tylko z Nim dla innych . . .
Każdego dnia uwielbiam Jezusa, błogosławię i dziękuję za te wszystkie doświadczenia przez które mnie przeprowadza tak konkretnie ale i delikatnie, posyłając aniołów w postaci ludzi których stawia na mojej drodze, dzięki którym nie jestem sama. Dziękuję za Górę Krzyża i namacalną Bożą obecność na niej. Walka duchowa jest trudna, ale Bóg wie, że często się boję, wie, że jestem słaba, dlatego każdego dnia mówi w moim sercu – Nie lękaj się robaczku – i bierze mnie w Swoje dłonie, osłania, niesie i chroni, żebym nie uciekła z Jego bezpiecznych dłoni w których czasem jest ciemno.

Siostra

Rekolekcje z warsztatami pisania ikon
Dziękuję Panu Bogu za ten piękny czas pustyni w Domu Rekolekcyjnym Jana Pawła II w Zmyślonej Parzynowskiej. Od dawna moim pragnieniem było nauczyć się pisania ikon. Zawsze szukałam gdzieś daleko. Nie miałam możliwości, żeby uczestniczyć w warsztatach w tak odległych miejscach. Kiedy na stronie gorakrzyza.pl pojawiła się oferta rekolekcji z warsztatami pisania ikon, moje serce uradowało się, ale były też liczne przeciwności. Początkowo nie zapowiadało się, że będę w nich uczestniczyć, ale jednak udało się. Splot różnych zdarzeń sprawił, że udało się zrealizować moje marzenie.
Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Nic nie dzieje się bez przyczyny. To oderwanie od codzienności było mi bardzo potrzebne. Na początku walczyłam ze sobą, z tęsknotą za dziećmi, ale zrozumiałam, że to wszystko dzieje się dla mojego dobra. Byłam daleko od bliskich, ale tak naprawdę blisko, bo w świecie duchowym nie ma granic. Moja ofiara i modlitwa była potrzebna. Pan przemieniał mnie i robi to nadal. W tym świętym miejscu Pan Bóg pozwolił mi odczuć Jego ogromną Miłość. Wiem, że kocha nas Miłością, jakiej nie jesteśmy sobie nawet wyobrazić.
Warsztaty pisania ikon były połączone z rekolekcjami. Ksiądz Marcin przekazał nam podstawy ikonopisarstwa, wprowadził nas w duchowość Ojców Pustyni. Wiele zrozumiałam. Pan Bóg wyprowadza nas na pustynię, aby dotrzeć do naszych serc, abyśmy mogli Go usłyszeć, bo tylko w ciszy możemy usłyszeć Głos Pana.
Podczas pisania ikon doświadczałam uzdrowienia serca. Na początku była niepewność, ale cały czas każdą chwilę oddawałam Panu Jezusowi, prosiłam Go o to, żeby był ze mną. Walczyłam ze sobą, kiedy na początku nie rozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi, kiedy wychodziliśmy z ciemności ku jasności. Modlitwa nieustanna, wzywanie pomocy Ducha Świętego – tak trwałam cały czas. Kiedy doznałam olśnienia wszystko okazało się takie proste. Kolejne etapy pracy. Pokój serca. To było Boże prowadzenie. I to wszystko czego doświadczyłam w tym czasie, można odnieść do życia. Kiedy pojawiają się trudności, które nas przerastają, czujemy jakbyśmy byli w ciemności. Kiedy zaufamy Panu i pozwolimy się prowadzić, gdy chwycimy Go za Rękę i pójdziemy z Nim krok po kroku, wtedy wszystko się uda, bo w Nim nie ma żadnej ciemności.
Materialnym owocem rekolekcji jest piękna ikona, która została namalowana Ręką Pana. Ja byłam tylko narzędziem, którym On się posłużył, by powstało tak piękne święte Oblicze. A to co narodziło się w sercu dojrzewa we mnie cały czas i podczas codziennej modlitwy proszę Pana, by ukazał mi Światło Taboru, by pozwolił mi ujrzeć Jego Chwałę w krzyżu mojego życia.
Chwała Panu po wieczne czasy.

Beata